Zaznacz stronę
Przeczytasz w 4 min.

14 lipca 2015 przypadkowo spotkałem na cmentarzu w Ozimku mojego dobrego kolegę, księdza Wojtka. Umówiliśmy się na bieganie jeszcze tego samego dnia wieczorem. Właśnie wtedy, w czasie biegu Wojtek powiedział, że jedzie następnego dnia na Górę św. Anny na rekolekcję JEZUS ŻYJE. Zapytał się mnie, czy chce pojechać z nim. Nie miałem żadnych planów, więc się zgodziłem chociaż miałem dużo wątpliwości, bo wiedziałem, że to jest wydarzenie charyzmatyczne. Słyszałem o tym, że ludzie na takich wydarzeniach podnoszą w górę ręce, skaczą, mówią niewyraźnie (mówię o modlitwie językami), generalnie, że zachowują się dziwnie. Chciałem to zobaczyć na własne oczy, dlatego zgodziłem się na tę propozycję. Pojechałem tam z dużym uprzedzeniem. Postanowiłem, że będę stał z boku i obserwował. 

Jezus żyje!

Środa. Przyjechaliśmy na Górę św. Anny na mszę św. To był jedyny punkt programu na który się cieszyłem. Później czekało mnie jeszcze przeżycie modlitwy wstawienniczej i uwielbienia, a tego się obawiałem. Wyobrażałem sobie, że w czasie tych modlitw ludzie będą tańczyć, padać niewiadomo dlaczego i po co na ziemię, a co gorsza, że będą mnie zachęcać, żeby wziął udział w tych dziwadłach. Ale wrócę do mszy. Kiedy tylko zaczęła się Eucharystia, zespół grał pierwszą pieśń, Duch Święty złamał mnie w pół… . Usiadłem na fotelu skulony jak dziecko. Nie pamiętam jaką piosenkę grał zespół, ale pamiętam, że usłyszałem słowo MOCNY. Padło ono w odniesieniu do Boga. Zacząłem płakać, właściwie to szlochać. Kiedy dotarło to do moich uszu, że On jest mocny, poczułem się tak jakby ktoś zabrał mi z pleców 500 kilogramowy ciężar. Poczułem ogromną ulgę i radość! Pierwszy raz w życiu pomyślałem sobie bez wyrzutów, że nie muszę być mocny. Wolność! To słowo najlepiej oddaje to jak się wtedy czułem. Wolność. Mam mocnego Boga, nie muszę być mocny. Dzisiaj rozumiem to inaczej. Mam mocnego Boga, mocnego Tatę i chcę być jak On mocny, ale wiem, że sam z siebie nie jestem – na całe szczęście. To chyba pragnienie każdego dziecka, być jak jego rodzic. Natomiast jeśli bycie mocnym jest przymusem i nie ma punktu zaczepienia w Bogu, to jest przeogromnym ładunkiem, pod którym się uginasz, jak stary człowiek pod ciężarem wieku. Ale wróćmy na rekolekcję. Byłem tym wydarzeniem totalnie zaskoczony, bo spodziewałem się tylko nieprzyjemnych doświadczeń. Taki wtedy miałem punkt widzenia. Po mszy była przerwa na jedzenie, pogaduchy, dlatego poczułem się trochę pewniej. Do tej pory nie spotkałem Magdy. Nie zarejestrowałem, że tam jest. Nawet nie pamiętam, kto śpiewał na mszy. Myślę, że na całe szczęście – znowu – bo po raz kolejny mogłem doświadczyć zaskoczenia. 

Nadszedł wieczór. Zaczęło się uwielbienie, modlitwy, a ja według planu stałem z boku przy ścianie i obserwowałem wszystko co się dzieje. Było tak jak słyszałem z opowieści. Ludzie skakali, tańczyli, niewyraźnie mówili, niektórzy padali na ziemie i cieszyli się jak głupi. Jedna osoba podeszła to mnie i z dużą troską zapytała się, czy wszystko u mnie w porządku. Dobrze, że tylko tego chciała i nie zachęcała mnie do aktywnego udziały, choć i tak mnie wkurzyła, że w ogóle zapytała. Jakby nie można było po prostu sobie stać i patrzeć. Swoją drogą ciekawe jaki miałem wyraz twarzy.

Chyba ostatnim punktem programu był koncert zespoły Piąty Wyraz. Patrzyłem i nie mogłem się napatrzeć. Słuchałem i nie mogłem się nasłuchać. „BOŻE! Jaka piękna kobieta, jaki głos, jakie piękne serce.” Po raz kolejny wpadłem w zachwyt. Zakochałem się słuchając tej pieśni… .

Po koncercie chciałem podejść do Magdy i jej podziękować, pogratulować, ale spękałem. Gdzie ja do takiej kobiety – tak sobie myślałem. To było tylko marzenie. Generalnie bardzo źle o sobie myślałem. Byłem przekonany, że nie zasługuję na nic dobrego. Ludzie podchodzili do Magdy żeby z nią pogadać, a ja stałem dalej tam gdzie byłem jak kołek, skupiony na swoim staniu, patrzeniu i użalaniu się nad sobą. Magda nie miała zielonego pojęcia o moim istnieniu.

Plan Pana Boga

Podzieliłem się jednak moimi wrażeniami z koleżanką która tam była. Zostałem zachęcony przez nią do podejścia do Magdy, ale nie zrobiłem tego. Kilka tygodni później dowiedziałem się właśnie od niej, że Magda ma już chłopaka. Marzenia prysły, ale z drugiej strony dostałem odpowiedź na pytanie czy iść do zakonu. Tak, rozeznawałem życie w zakonie franciszkanów. Zdecydowałem się na ten krok i przez 9 miesięcy byłem postulantem, czyli kandydatem do życia zakonnego. Mieszkałem w klasztorze i żyłem jak zakonnik. To był wspaniały czas. Do dzisiaj czerpię garściami z tego, co dobrego Bóg zrobił w moim sercu. W zakonie tak naprawdę dopiero odkryłem w Słowie – Biblii żywego Boga i doświadczyłem ogromnej mocy, który wynika z życia w bliskiej, intymnej relacji z Nim. Dzięki temu miejscu, formacji, ludziom odkryłem, że jednym z moich największych pragnień jest bycie mężem i tatą. Wyparłem te pragnienie na maxa z mojego życia. Miałem 27 lat i pierwszy raz w życiu pomyślałem, że mógłbym mieć rodzinę. Brzmi to może dziwnie, ale tak było. W końcu na początku czerwca 2017 roku podjąłem decyzję, że wracam do domu. Poszedłem do mojego kościoła w Ozimku i powiedziałem Bogu tak: Okej, jeśli Ty chcesz żebym miał żonę to proszę tylko o jedno, żeby była artystką, najlepiej żeby śpiewała. Ja mam talent sportowy, chcę żeby moja żona miała artystyczny. Przekażemy dobre geny dzieciom. Czekałem na odpowiedź od Boga 9 miesięcy. Na początku kwietnia 2018 roku miałem być towarzyszem koleżanki na weselu jej dobrego znajomego. Dwa tygodnie przed ślubem dostałem informację, że ten kolega zerwał zaręczyny. Odwołał ślub. Kiedy dostałem sms z tą wiadomością, znów była obok mnie koleżanka, której zwierzałem się z moich uczuć do Magdy na Górze św. Anny w 2015 roku. Wtedy ta koleżanka oznajmiła mi, że to prawdopodobnie chodzi o ślub…Magdy. SZOK! Miałem być gościem weselnym na ślubie kobiety w której zakochałem się 3 lata temu. Muszę przyznać, że w duchu się ucieszyłem, kiedy przeczytałem tę wiadomość, ale nie robiłem sobie nadziei. 

To był czas kiedy w Opolu otwieraliśmy Dom Modlitwy. Szukaliśmy ludzi, którzy chcieliby w nim posługiwać śpiewem, graniem, modlitwą. Koleżanka zaproponowała, że może zaprosi Magdę na jeden set, bo ona wtedy nie miała wspólnoty, miała więcej czasu, więc liczyła na to, że może zaangażuje się w DM. Wysłała więc zaproszenie, a Magda je przyjęła. Tak się wreszcie nasze drogi zeszły. Poznałem się z Magdą na uwielbieniu w Domu Modlitwy. Myślisz, że odrazu przejąłem inicjatywę? Nie! Nadal uważałem, że nie mam u niej szans. Dopiero gdy Magda napisała do mnie pierwsza na facebooku, a propos Domu Modlitwy stwierdziłem, że zrobię coś teraz, albo nigdy. Zaprosiłem Magdę na kawę, a ona przyjęła zaproszenie… . 

Podoba Ci się nasza historia?

Polub naszą stronę na facebooku ⇒⇒⇒